Raport: Audioriver 2008 (Circus Stage)


O tym, jak trudno jest zorganizować w Polsce dużą imprezę muzyczną o charakterze niekomercyjnym przekona się dopiero ten, kto tego trudu się podejmie. Organizatorzy trzeciej już edycji festiwalu Audioriver przygotowywali tę imprezę przez dobrych kilka miesięcy... w 4-osobowym składzie.

Płock jest trzecim najbogatszym miastem w Polsce, co widać gołym okiem kiedy tylko wyjdzie się na Starówkę. Na listę imprez, które odbyły się tam w lipcu oraz tych zapowiadanych na sierpień spojrzy z zazdrością mieszkaniec niejednego, o wiele chętniej odwiedzanego miasta w kraju. Jazz, rock, reggae i muzyka elektroniczna, dzięki tolerancyjnemu zarządowi miasta, zadomowiły się tam już na dobre.

Schody do nieba

Miejsce festiwalu to malowniczo położona plaża nad Wisłą, na którą prowadzą długie, ale na szczęście niezbyt strome schody. Już sam widok z góry na budzącą się do życia scenę główną, otaczające ją namioty i powoli gromadzących się fanów muzyki zrobił na mnie niemałe wrażenie. Nieco inne odczucia miałem wchodząc o poranku z powrotem na górę, ale i to wyzwanie okazało się nie aż tak trudne do sprostania. Na dole atmosfera iście plażowa. Z głośników centralnie położonej sceny głównej, na której w piątek niepodzielnie królował drum'n'bass, leniwie sączyły się odgłosy prób nagłośnienia i testy instrumentów. Spod stóp „plażowiczów”, wszystko jedno czy obutych w klapki, trampki, czy nawet bosych, każdy krok wyzwalał obłok piachu, który już po chwili zdawał się być wszędzie. W takiej scenerii zmierzałem w kierunku sceny Circus, którą po zaznajomieniu się z line-upem miałem opuszczać tylko w nagłych potrzebach.

Istny cyrk

Pierwszą zagraniczną gwiazdą Circus Stage był Martin Buttrich, ale już poprzedzające go występy duetów 3 Channels oraz Hagala z Petterem Von Coilem zgromadziły w namiocie całkiem pokaźną grupę tańczących. Buttrichowi, artyście współodpowiedzialnemu za sukcesy wydawnicze Loco Dice'a i Timo Maasa, udało się wydobyć ze swoich przecież dobrze już znanych utworów wystarczającą ilość świeżej energii, by unieść namiot w górę. Miejsce za sterami przejął po nim Agoria, który zapewnił sobie miejsce w line-upie doskonałą kompilacją „At the Controls”. Francuz przeleciał przez imprezę niczym eskadra myśliwców, czym udowodnił, że czuje się równie dobrze w studio jak i za deckami.

Już pierwsze dźwięki zmieniającego Agorię Josha Winka zupełnie odmieniły charakter imprezy. Namiot wypełnił charakterystyczny dla gatunku techno bit perkusji i stało się jasne, że ci, którzy szukają w muzyce elektronicznej pompujących i chwytliwych melodii będą musieli zrobić sobie dwugodzinną przerwę. Dla prawdziwych fanów techno set Winka okazał się być najmocniejszą pozycją festiwalu. Grający po nim Loco Dice najpierw wpasował się w miażdżące numery grane przez swojego poprzednika, żeby w końcu płynnie przejść w nieco lżejsze rejony minimalu, gdzie o wiele łatwiej jest mu się poruszać. Jego set, szczególnie w drugiej części stał się jednak zbyt schematyczny by zatrzymać mnie w namiocie.

Fontanna i gołębie, czyli 3 gwiazdki w Płocku

Miałem za sobą jakże udaną pierwszą noc imprezy, a przed sobą sobotni poranek, no i te piekielne schody. Wtedy jeszcze nie dane mi było wiedzieć, że najtrudniejszym zmaganiem tego ranka okaże się temperatura w pokoju hotelowym, trzepocące nad oknami gołębie i hałasująca na dole fontanna. Mimo wszystko miałem ogromne szczęście że nie musiałem martwić się o nocleg. Baza noclegowa miasta Płock nie była w stanie nawet w połowie sprostać zapotrzebowaniu stworzonym przez 10 tysięcy ludzi odwiedzających Audioriver. Organizatorzy próbowali zapewnić dodatkowe łóżka w szkołach, internatach, akademikach i na prowizorycznym polu namiotowym zorganizowanym tuż obok Circus Stage, jednak wszystkie te zabiegi okazały się być niewystarczające. Wydaje się, że brak miejsc noclegowych w mieście skutecznie odstraszył wielu potencjalnych chętnych.

Nigdy nie ufaj Tongowi

Sobota miała przynieść występ Szamana – w Polsce najczęściej takim mianem określa się czilijsko-niemieckiego minimalistę, Ricardo Villalobosa. Przy okazji warto wspomnieć, że jego nazwisko wymawia się po hiszpańsku, czyli „vijalobos”. Wszyscy ci, którzy wzorowali się na niechlubnym talencie Pete’a Tonga do przekręcania nazwisk, znowu dali się nabrać.

Okopać namioty!

Zanim wreszcie rozpoczął się kolejny wieczór imprezy, organizatorzy pracowali pełną parą pomagając zespołom ustawić sprzęt na scenie głównej, jednocześnie modląc się o dobrą pogodę. A prognozy nie były najlepsze. Nawałnica nad Warszawą, przez którą część samolotów została skierowana do Poznania, zmierzała teraz w stronę Płocka, co stanowiło realne zagrożenie dla rozbitych na prowizorycznym campingu namiotów. Chwała organizatorom za ostrzeżenie biwakowiczów, a groźnej burzy za to, że przeszła bokiem. Co prawda trochę popadało, jednak poza godzinnym przesunięciem line-upu na scenie głównej, nic złego się nie stało. Za opóźnienie odpowiedzialna okazała się także firma Red Bull, której Air Race show nad Londynem spowodował przesunięcie wszystkich lotów z Heathrow o 2 godziny. Koniec końców wszyscy zagraniczni goście dotarli bezpiecznie do Płocka.

Kto przebije Lazarusa?

Wieczór przywitałem w namiocie Circus Stage, ale w przeciwieństwie do dnia poprzedniego udało mi się z niego wyjść pozwiedzać. Cube zagrał bardzo przyzwoicie, zresztą zgodnie z oczekiwaniami. Natomiast po Freshu nie spodziewałem się tak mocnego i dynamicznego grania. Swoim setem udowodnił, że jest DJ-em wszechstronnym, i że z równą łatwością i wyczuciem gra house, tech house i minimal.

Po nim przyszedł czas na artystę, którego już samo nazwisko wyzwala górę emocji. Fanom filmu „Omen” imię Damian kojarzy się chyba jednoznacznie. Nazwisko Lazarus (Łazarz) należało natomiast do przyjaciela Chrystusa, którego ten wskrzesił z martwych. Nie jestem pewien, czy akurat to zestawienie jest odpowiedzialne za nieobliczalność muzyczną Lazarusa, czy może raczej fakt, że ma oczy i uszy szeroko otwarte na nowe nurty w elektronice. Jego set był mocny, energiczny, ale także melodyjny, dzięki czemu 2 godziny upłynęły mi w mgnieniu oka. Po występie Damiana zastanawiałem się głośno, czy aby Ricardo jest w stanie zagrać jeszcze lepiej.

Zwiedzanie z narzekaniem

Wystarczyło wyjść na chwilę z namiotu, żeby stwierdzić, że organizatorzy, dopinając stronę muzyczną festiwalu na ostatni guzik, nieco zaniedbali zaplecze sanitarne i żywieniowe. Zapach z przenośnych toalet był tak intensywny, że trzeba było omijać je szerokim łukiem. Biada tym, którzy najpierw musieli stać kilkanaście minut w kolejce, żeby w końcu wejść do środka. Kolejki do stoisk z pieczonymi na grillu kiełbaskami, kaszanką i karkówką były jeszcze większe, a jeśli chciało się zjeść potrawę bezmięsną, to chyba tylko chleb z musztardą. Fenomenu cen w Polsce też nie potrafię pojąć (od kilku lat mieszkam w Niemczech). Stek z grilla we Frankfurcie jest dwa razy większy i niemal dwa razy tańszy!

Chillout-killout i dziewczynki w czerwonym

Wystrój, hostessy i oprawa oświetleniowa w Red Tent mogły przyciągnąć tylko ogry, co na szczęście całkiem nieźle się udało. Nie próbuję powiedzieć, że coś nie tak było z dziewczynami, jednak kolorowe światełka, lasery i wspomniane już wcześniej stwory o przerośniętych karkach (które są nieodłącznym elementem każdej imprezy plenerowej w Polsce, tak samo zresztą jak wyprzedzanie „na trzeciego” na podwójnej ciągłej) wywołały u mnie odruch „spadamy!”.

Chillout raz był chilloutem, a raz killoutem. Brawa za deski na ziemi, które pozwalały odpocząć od ciągłego chodzenia i tańczenia po piachu oraz za super wygodne siedziska, z których można było oglądać zarówno DJ-a, jak i sesje fotograficzne z udziałem uczestników festiwalu. W sobotę wieczór chilloutem niepodzielnie rządził Poziom-X, który w zastępstwie Etiopa przez całe 4 godziny miksował ambient, downtempo i deep house. Bshosa & Eli natomiast hołdują chyba zasadzie „nie ważne gdzie, musi być minimal”. Więc grali minimal. W chilloucie.

Nieco zniesmaczony wracam na Circus Stage, mijając po drodze scenę główną, na której Electricity akurat bezczeszczą festiwal muzyki ambitnej zamieniając go w klub na plaży w Dębkach. „Sunglasses at Night” tak samo się nadaje do Płocka, jak i Bert z Igorem.

Dość narzekania. W namiocie cyrkowym jest najlepiej i należy tam zostać. Tym bardziej, że po bardzo udanych live actach niemieckiego duetu Extrawelt oraz Izraelczyka Gerbera, apetyt na Villalobosa zaostrzył mi się niemożebnie.

Nie skaczę jak małpa

Tak mówi o sobie sam Ricardo. I w zasadzie można się z nim zgodzić, bo wystarczy obserwować jego zupełnie naturalne kocie ruchy i kokieteryjne powłóczyste spojrzenia żeby dostrzec w nim artystę z pasją. Miksując przez cztery godziny nie robił niczego na siłę; zamiast tego grał tak jak lubi, doskonale się przy tym bawiąc. Swoim setem, w którym mieszał niekończące się minimalne tasiemce z latynoamerykańskimi pieśniami, zaczarował chyba wszystkich. Nie zabrakło świetnych nowości, z niewydanym jeszcze SiS - „Trumpet” na czele, ani nawet klasyków muzyki dance, choćby w postaci „The Age of Love”. Żegnano go jak gwiazdę, na co sobie w stu procentach zasłużył.

Do zobaczenia za rok!

Wszystkie drobne niedociągnięcia organizacyjne z nawiązką wynagrodzili nam artyści. Pod względem muzycznym, festiwal Audioriver 2008 stał na bardzo wysokim europejskim poziomie, a w kraju na pewno nie ma sobie równych. Przyznam też szczerze, że nie nie często bywam w Polsce, bo jakoś zawsze brakuje mi pretekstu ale pewne jest, że w Płocku będę stałym gościem.


icon Wasze komentarze (0)



Nie ma jeszcze komentarzy. Bądź pierwszy!







Użyj RSS w celu powiadamiania o nowych artykułach.



Adres:

Łukasz Napora
Skrytka 218
00-950 Warszawa 1


e-mail: info(at)soundrevolt.com

©2003-2008 Sound Revolt, wszystkie prawa zastrzeżone. Ograniczenie odpowiedzialności i prawa autorskie